Moja droga do trzeźwości: zaczęło się od drobnych zakładów.
Hazard to nie kasa. To emocje. To nadzieja, że coś mnie uratuje bez wysiłku.
Mam na imię Jacek. Mam 35 lat, noszę mundur, służę w policji, a od trzech lat jestem trzeźwy. Trzeźwy – nie od alkoholu. Od hazardu. Tak, wiem. To słowo dla wielu wciąż brzmi jak „fanaberia”, jak coś, co można „po prostu przestać robić”. Gdyby to było takie proste, nie siedziałbym tu dziś, z kredytami na karku i małżeństwem, które kilka razy pękało w szwach.
Nie chcę, żeby ten tekst był patetyczny. To nie jest wyznanie win na kolanach. To raczej list do tych, którzy gdzieś po cichu żyją podobnie jak ja – z zaciśniętym żołądkiem, dwoma telefonami i tysiącem wymówek.
„To tylko jeden kupon…”
Zaczęło się banalnie. Drobne zakłady na mecze – głównie piłka. Koledzy z pracy grali, więc ja też. Dla emocji, dla adrenaliny, dla tego uczucia, kiedy „wszystko się może zdarzyć”. I czasem się zdarzało – parę wygranych, parę razy „szóstka siadła”, wiadomo. Nic wielkiego. Do czasu.
Z czasem stawki rosły. Najpierw o 10 zł więcej. Potem o 50. A potem przyszła wypłata, która „zniknęła”, zanim zdążyła dotrzeć na wspólne konto z żoną. Kredytów przybywało. Czasem brałem chwilówkę „na telefonie”. Wstyd się przyznać, ale raz podrobiłem podpis na zaświadczeniu, żeby dostać limit odnawialny. I dalej grałem.
Wtedy jeszcze myślałem, że „mam to pod kontrolą”. To chyba największe kłamstwo, jakie sobie w życiu powiedziałem.
Pierwsza terapia – nie po to, żeby wyzdrowieć
Do terapii trafiłem po raz pierwszy po dwóch latach grania na poważnie. Żona coś przeczuwała, ale nie wiedziała. Ja wiedziałem, że muszę się jakoś oczyścić. Trochę dla niej, trochę dla siebie – choć raczej po to, żeby mieć spokój, niż żeby coś naprawdę zmieniać.
Chodziłem na terapię indywidualną. Czasem coś mówiłem, czasem milczałem. Unikałem trudnych tematów. O emocjach mówiłem jak o stanie pogodowym: „trochę zachmurzenie, przejaśnienia, bez większego wpływu”.
Po roku przestałem chodzić. Nawet nie wiem, kiedy dokładnie. Po prostu któregoś dnia nie pojechałem na sesję. A potem znowu nie. I znowu.
Znowu zacząłem grać – tylko nie pamiętam, kiedy dokładnie. Może to był jeden kupon, może dwa. Ale wróciłem na pełnej. A tym razem poleciało wszystko: oszczędności, poduszka finansowa, zaufanie żony. Zaczęły się długi, które już trudno było ukrywać.
Kłamstwo, które się sypie
Kiedy żona zapytała, skąd te dodatkowe raty, wymyśliłem historię o dawnym kredycie, który „teraz wszedł w życie”, bo coś tam było źle podpisane. Kupiła to. Przez chwilę.
Ale kiedy kolejne wezwania przychodziły pocztą, a telefon dzwonił z nieznanych numerów nawet w nocy, wiedziała. I to była ta rozmowa, która mi się śni do dziś. Nie krzyczała. Po prostu zapytała: „Czy jeszcze w czymś do cholery mi nie kłamałeś?”
To pytanie mnie rozłożyło.
Drugi raz. Tym razem naprawdę.
Zgłosiłem się do terapeuty sam. Tym razem nie udawałem, że chcę tylko „trochę się ogarnąć”. Powiedziałem, jak jest. Jak bardzo spieprzyłem. Jak bardzo nie ogarniam.
Zaczęła się terapia. Grupa. Wstyd był tak duży, że przez pierwsze trzy spotkania siedziałem prawie cicho. Ale potem – zacząłem mówić. O tym, że nie wiem, jak wyjść z długów. Że boję się rozwodu. Że nie potrafię być ze sobą sam. Że nawet jak jestem z żoną, to czuję się jak aktor.
I zaczęła się praca. Krok po kroku.
Trzeźwość od hazardu – czyli nie tylko „nie grać”
Kiedy mówisz komuś, że jesteś hazardzistą, ludzie myślą, że chodzi o pieniądze. Że wystarczy nie iść do bukmachera. Ale problem jest głębiej. Hazard to nie kasa. To emocje. To ucieczka. To nadzieja, że coś mnie uratuje bez wysiłku.
Dla mnie trzeźwość to było nauczenie się życia bez tego bodźca. Bez tego dreszczyku. Bez napięcia. Bez adrenaliny. Bez tego momentu, kiedy wszystko może się odmienić – jednym kliknięciem.
Zacząłem powoli uczyć się, co to znaczy naprawdę żyć. Odpoczywać. Siedzieć z żoną na kanapie i oglądać serial, nie myśląc o tym, że gdzieś tam w świecie toczy się mecz, który mógłbym „obstawić dla zabawy”.
Co teraz?
Od trzech lat nie gram. To dużo. Ale też wiem, że wystarczy jedno „może bym sprawdził kursy” i wszystko może wrócić. Dlatego chodzę na terapię. Dlatego uczę się rozmawiać z żoną inaczej. Dlatego próbuję znaleźć sens w pracy – choć przyznam, że nie jestem z niej zadowolony.
Frustruje mnie też miejsce, w którym mieszkamy. Czuję, że utknąłem między przeszłością a przyszłością. Ale – i to najważniejsze – już nie próbuję tej frustracji „rozwiązać” przez ucieczkę do zakładów.
Mam świadomość, że to nie koniec pracy. Że mam w sobie dużo rzeczy do poskładania. Relacje z ojcem? Trudne. Z samym sobą? Jeszcze trudniejsze. Ale nie uciekam. To jest największa różnica.
Na koniec – dla tych, którzy myślą, że „to nie takie poważne”
Jeśli czytasz to i myślisz: „to jeszcze nie problem”, to powiem Ci jedno:
Ja też tak myślałem.
A potem nie wiedziałem, ile naprawdę mam długów. Nie wiedziałem, kiedy ostatni raz naprawdę spojrzałem w oczy żonie. Nie wiedziałem, kim jestem bez zakładów.
Dziś wiem, kim jestem. I że warto było się zatrzymać. Nawet jeżeli zatrzymanie boli.
