Moja droga do trzeźwości: czasem życie trzeba zacząć od czyjegoś ultimatum.

Nie musisz wierzyć, że będzie dobrze. Wystarczy, że dasz sobie szansę, żeby to sprawdzić.

Nie chcę robić z siebie bohatera.
Nie lubię mówić o sobie zbyt długo, ale jeśli ten tekst ma pomóc chociaż jednej osobie, to niech pójdzie w świat.

Mam na imię Artur. Mam 32 lata. Od sześciu lat jestem trzeźwy.
Nie miałem jakiegoś spektakularnego dna. Raczej klasyka: chaos domowy, ojciec z flaszką w ręce, dwaj bracia, z którymi czasem się biłem, czasem piłem. I jedno wielkie poczucie, że nie ma z tego wyjścia.

Alkohol był w naszym domu jak powietrze.
Znałem zapach piwa zanim nauczyłem się pisać. Widziałem, jak wygląda człowiek po amfie, zanim wiedziałem, co to chemia w szkole. I byłem dzieckiem, które zbyt szybko przestało być dzieckiem.

W wieku 15 lat byłem już głęboko zanurzony – i w alkoholu, i w narkotykach.
Kiedy inni planowali wakacje czy pierwszą miłość, ja kombinowałem, jak zdobyć towar albo gdzie ukryć flachę, żeby matka nie znalazła.

Właściwie to nie ja zdecydowałem się na terapię.
To moja matka zrobiła ten pierwszy krok. Zgłosiła mnie. Sąd się przychylił. Nakaz leczenia.

I wiesz co? Poczułem ulgę.

Tak, ulgę. Bo ja już wtedy byłem na granicy – nie wytrzymywałem sam ze sobą. Z jednej strony miałem fantazje o tym, żeby się zabić. Z drugiej – jakieś ciche marzenie, że może jeszcze coś ze mnie będzie. Ale nie miałem odwagi o to zawalczyć. Ktoś musiał mi dać kopa. Dostałem go w formie oficjalnego pisma.

Nie lubię mitów o magicznej przemianie w jeden dzień.
Pierwsze tygodnie terapii to była walka. Ze sobą, z głodem, z brakiem zaufania. Z ciszą w głowie, która wcześniej była zagłuszona używkami.
Ale coś tam zaskoczyło. Może dzięki terapeutom. Może dlatego, że po raz pierwszy nie czułem się jak śmieć. A może po prostu byłem już gotów przestać się oszukiwać.

Wiedziałem jedno – nie chcę wracać do tamtego domu.
Mój ojciec dalej pił. Dalej miał pretensje do świata, do nas, do matki. Do mnie. Nie potrafiłem być w jego obecności i nie czuć nienawiści. Po terapii wytrzymałem tam może miesiąc, może dwa. Potem wyprowadziłem się do mojej ówczesnej dziewczyny. I to był pierwszy raz, kiedy poczułem, że coś w moim życiu naprawdę zależy ode mnie.

Później były kolejne lata trzeźwości – i kolejne zderzenia ze sobą.
Bo trzeźwienie to nie tylko niepicie. To rozbieranie się ze starych przekonań. To życie bez pancerza. A ja przez większość życia nosiłem zbroję.

Bałem się ludzi.
Bałem się tego, że ktoś mnie zostawi. Że powie „nie jesteś wystarczający”.
Ten lęk ciągnął się za mną jak cień. I niestety – rozwalił mój pierwszy związek.

Nie, nie zapiłem.
Ale musiałem się pozbierać na nowo. Poszedłem na terapię par, próbowałem ratować tę relację. Nie wyszło. Zabolało. Ale też czegoś mnie to nauczyło.

Wtedy też po raz pierwszy poczułem siłę swojej trzeźwości.
Nie jako coś, co muszę utrzymać, żeby ktoś był ze mnie dumny.
Tylko jako coś, co mi daje grunt pod nogami.
Zamiast uciekać – zostałem. Zamiast sięgać po używkę – poszedłem na miting. Zamiast się zamknąć – pogadałem z terapeutą.

I zbudowałem coś nowego.

Założyłem własną firmę.
Wcześniej dorabiałem tu i tam. Czasem fizycznie, czasem przy komputerze. Ale dopiero wtedy, kiedy przestałem udowadniać sobie, że jestem „nikim z patologii”, zacząłem działać jak facet, który ma coś do zaoferowania.

Kupiłem mieszkanie – jasne, na kredyt. Ale to moje. Moje ściany. Moje klucze. Moje wybory.

Nie jestem wzorem. Mam dni, kiedy czuję się jak dzieciak, który znowu nie wie, co robi.
Ale umiem wtedy się zatrzymać. Oddychać. Przypomnieć sobie, skąd przyszedłem i gdzie jestem.

Nie żyję już na autopilocie.
Czasem jeszcze przychodzi wewnętrzny sabotażysta – ten głos, który mówi: „Jesteś do niczego, zostawią cię, zawalisz”.
Ale potrafię z nim rozmawiać. Nie zawsze go uciszam, ale już mu nie wierzę bezkrytycznie.

Co mi dziś daje trzeźwość?
Spokój. Autentyczność. Uczciwość wobec siebie.
I życie, które naprawdę czuję – czasem trudne, czasem samotne, ale moje. Prawdziwe.

Czy było warto?
Zawsze odpowiadam tak samo:
Nie wiem, co by się stało, gdybym nie poszedł na terapię.
Ale wiem na pewno, że bez niej już by mnie tu nie było.

I jeśli ktoś to czyta i myśli, że nie da rady – powiem tak:
Nie musisz wierzyć, że będzie dobrze.
Wystarczy, że dasz sobie szansę, żeby to sprawdzić.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *