Moja droga do trzeźwości: nie chodziło o to, żeby przestać pić. Chodziło o to, żeby przestać znikać.

Nie musisz być gotowa. Wystarczy, że przestaniesz się chować.

Mam na imię Ewa i przez wiele lat byłam mistrzynią pozorów. Kiedy ktoś pytał, jak się czuję, odpowiadałam „dobrze”. Zawsze dobrze. Nawet kiedy wieczorem wymiotowałam po cichu w łazience, a rano układałam włosy z precyzją, jakby to one miały za mnie udźwignąć cały dzień. Nawet kiedy rano zostawiałam dzieci w przedszkolu z uśmiechem, a godzinę później piłam z termosu, który udawał kawę.

Byłam żoną, matką, pracownicą. Byłam też alkoholiczką. I nikt, absolutnie nikt nie miał o tym pojęcia. Nawet ja przez długi czas.

Zaczęło się jak u wielu kobiet

Początki były… eleganckie. Wino wieczorem. Lampka do kolacji. Kiedy dzieci zasypiały, mogłam wreszcie „odpocząć”. Nikt nie krzyczał, nie oceniał, nie dotykał tematów, które bolały. Alkohol był cichy. A ja przecież znałam już wcześniej to uczucie. W moim domu rodzinnym emocji się nie przeżywało, tylko zamiatało pod dywan. A kiedy zaczęłam się orientować, że jestem „inna” – bo zakochiwałam się nie tylko w chłopcach – alkohol pomógł mi to stłumić. Pomógł udawać, że wszystko jest w porządku.

Mój głos, moje ciało, moje potrzeby – wszystkie były ukryte. Alkohol pomagał zniknąć.

Zaburzenia odżywiania i poczucie własnej wartości

Wraz z alkoholem pojawiła się obsesja kontroli. Mojego ciała, mojego wyglądu, mojej figury. Kiedy nie piłam, jadłam. Kiedy jadłam, nienawidziłam siebie. Kiedy nienawidziłam siebie, piłam. To było błędne koło, które wyglądało z zewnątrz jak porządek. W rzeczywistości był to chaos w stylu „glossy magazine”.

Nie byłam „klasyczną alkoholiczką”. Tak mi się wydawało. Bo przecież wciąż miałam pracę. Dzieci. Zakupy. Makijaż. Tylko że wszystko to było wydmuszką.

Terapia? Dopiero jak musiałam

Nie zgłosiłam się na terapię z własnej woli. Było już naprawdę źle. Dzieci zaczęły się mnie bać, chociaż niczego „konkretnego” nie zrobiłam. Mój partner – tak, ten sam, którego historię być może czytaliście – był w jeszcze gorszym stanie ode mnie. Alkoholik i narkoman. Znaliśmy się z terapii, ale to, co działo się po niej, to była katastrofa. Kiedy on łamał abstynencję, ja musiałam zderzyć się z własnymi demonami.

Pamiętam ten dzień, tuż przed Wigilią. Wyrzuciłam go z domu. Nie z nienawiści. Z desperacji. Żeby samej nie wrócić na dno. Wiedziałam już, że moje trzeźwienie jest ważniejsze niż iluzja związku.

Terapia nauczyła mnie, że nie jestem potworem

Na terapii po raz pierwszy wypowiedziałam na głos, co mi się przydarzyło jako dziecku. Nikt wcześniej nie zapytał. Nikt nie chciał wiedzieć.

Opowiedziałam o mamie, która potrafiła przez tydzień się nie odzywać. O ojcu, który był tylko ciałem przy stole. O sobie, która próbowała być zawsze „grzeczna”.
I w tej grzeczności zgubiłam siebie.

Dopiero w trzeźwości zaczęłam odczuwać złość. Ból. Rozczarowanie. I… życie. Prawdziwe życie.

A potem wrócił. I zaczął się cud

Kiedy on – Darek – w końcu naprawdę podjął decyzję, że będzie trzeźwiał, byłam gotowa mu uwierzyć. Nie od razu. Nie na piękne oczy. Ale krok po kroku budowaliśmy coś nowego. Nie „idealny związek po terapii”, tylko prawdziwe partnerstwo dwóch połamanych ludzi, którzy zdecydowali się siebie nie ranić.

To nie było łatwe. On musiał przestać kłamać. Ja musiałam przestać się bać. I wspólnie musieliśmy nauczyć się mówić prawdę – także naszym dzieciom.

Dziś mamy ich czworo. Każde z nich zna historię swoich rodziców. Nie dlatego, że to sensacja, ale dlatego, że chcemy im pokazać, że każde życie można uratować.

Wciąż mam dni, kiedy się chowam

Zdarzały się nawroty. Nie picia – ale zaburzeń odżywiania. Momentów, w których czułam, że świat mnie przerasta. Dzieci płaczące w nocy. Zimna kawa. Brak pieniędzy. Brak sił.

Wtedy przychodziło stare przekonanie: „Nie zasługuję na to wszystko”. Ale teraz wiem, że nie muszę sięgać po butelkę. Że nie jestem sama. Że moje ciało to nie wróg.

Trzeźwienie dało mi nowe oczy. Widzę więcej. Czuję więcej. Kocham więcej.

Dla tych, którzy wciąż tam są

Piszę tę historię dla tych kobiet, które potrafią perfekcyjnie ukrywać wszystko, co boli. Które „mają wszystko”, a w środku pustkę.

Dla tych, które piły po cichu. Które nie są pewne, czy to już „problem”.
Dla tych, które boją się terapii, bo nie wiedzą, kim będą bez tego cierpienia.

Jest życie po alkoholu. I to życie może być prawdziwe. Nie idealne. Nie cukierkowe. Ale takie, w którym można być sobą. Oddychać. Przytulać dzieci. Mieć przyjaciółkę, z którą pójdziesz na lody, a nie na drinka.

I na koniec…

Nie jestem już tamtą kobietą z termosu. Nie jestem tą z pustym spojrzeniem i uśmiechem jak z reklamy.

Jestem Ewa. Mam 45 lat.
Jestem trzeźwa od 16.
Jestem żoną, mamą, kobietą, która przeżyła.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *